karlovitz at ownlog '06


Link 26.01.2012 :: 09:52 Komentuj (0)
Ma 184 cm wzrostu i waży 69 kg. Całkiem jak ja...


Link 23.01.2012 :: 18:45 Komentuj (0)
Pizga... Pada i wieje...Trzy stopnie, ni zima, ni jesień, wiosna też nie...
Berlin czarujący, zimny, germański, pulsujący i stateczny... Gdzieś jednak pod przykrywką, pedziuchy jebią się na potęgę, ilość imprez tematycznych powalająca, mainstream grzecznie błyska, alternatywa szuka miejsca na alternatywnych imprezach...

Piątek wieczór. L. wyciąga mnie na imprezę. Wchodzimy wcześnie, miejscówka nieznana taksówkarzowi, gdzieś we wschodnim, błądzimy, szukamy, uff...znaleźliśmy. 
Ja przebrany w modową koszulkę, która jest unisex, unirozmiar, unitreść... sorry L. Jest nie dla mnie...mam w dupie modę, wolę rzeczy, w których czuje się dobrze... Dla Ciebie też nie jest, bo zwyczajnie za duża.

Pal licho koszulkę, jesteśmy za wcześnie, mało ludzi, miła muza, miła, z czasem jeszcze bardziej, zimno jak na krakowskiej, trudno, przyjdą ludzie i będzie ciepło. Miły Pan za barem serwuje nam coś tam z wódką. Napierdalam się wolno, po trzech podobno tańczę dotykowo, tzn. dotykam w tańcu, chyba nie kontrolując siebie. Wziąłem też tabletę na erekcję. Ona powoduje, że chuj mi skacze przy każdym ocieraniu, ale też mam szum w głowie i w połączeniu z alko wszystko jest geil, cool, fajne...

Muza nas wkręciła, jest przyjemnie i niebezpiecznie... stan pomiędzy równowagą a zjebaniem osiąga najniższe poziomy... Podejmujemy decyzje - Schoneberg i jebalnia. L. oczywiście bardziej bo ja, bo miłość mu głowie, bo trauma i cały czas nie moment. 

Wychodzimy, przed lokalem tłum, jakby wszyscy o trzeciej nad ranem stwierdzili, że trzeba iść do knajpy...więc czekają. 
W Schonebergu L. ulatania się do hotelu za szybko, ja za wolno... Jebalnia to jebalnia... Wychodzę nad ranem. 

Rano trzęsę się, za dużo kutasów, za dużo alko i za dużo wydanej kasy...
Ach, Berlin, du bist wunderbar!





Link 04.01.2012 :: 13:58 Komentuj (1)
czytam... piję wino i prowadzę telefoniczne debaty...

jestem szczęśliwy



Link 22.10.2011 :: 21:29 Komentuj (2)
Ciasno, błądzimy. W końcu trafiamy do celu. Orgazm za orgazmem. miłość...




Link 18.09.2011 :: 20:49 Komentuj (4)
Popęd seksualny zagłuszam alkoholem... Pomaga



Link 05.09.2011 :: 21:30 Komentuj (0)
Elfy piękne...wampiry, batmany, czarownice, zakonnice i cała reszta też... 

Kocham Was.

Lato jest historią, spadł deszcz...brudy zmyte...



Link 24.08.2011 :: 10:03 Komentuj (3)

Port w Ibizie. Dudni, huczy...Kataramany wolno przypływają, na nich tłumy roznegliżowanej młodzieży, dopijają drinki, nowopowstałe pary całują się, przedsmak nocy, gorącej, dusznej i głośnej....


Ibiza ambiwaletna... Z jednej strony przyjemne w dzień stare miasto, z dumną katedrą i castelem na wzgórzu, ale wszędzie obok bloki, beton i taniocha...no i ten huk.


Huczy od rana, Ibiza słynie z życia nocnego, jakiego pozazdrościć może jej każda metropolia. Na starym mieście kluby są mniejsze, zarówno jazzowe, jak i typowe disko, mieszane towarzystwo, atmosfera nieskrępowanego luzu i przyjemności. Kwintesencję jednak stanowią wielkie hangary, w których co wieczór pod wpływem różnych środków bawi sie kilka, kilkanaście tysięcy młodych przy wtórze najlepszych producentów i djów świata. Plakaty powalają mnogością nazwisk, w poniedziałek ten słynny, we wtorek ten, i tak dzień po dniu...


Wybrałem się na dwie, Kalvin Haris w klubie Amnesia i Kellis w Space. Bilety drogie jak diabli, do tego dojazd taksówką i driny po 20 euro. Koszt eskapady jednego wieczoru to ok. 200 euro. Kalvin nie powalił, szybkie piguły nie pomogły, po półtora godzinie przebywania w towarzystwie kompletnie naćpanych dwudzistolatków wychodzimy z party. Kellis dała czadu, ludzi mniej, bo mniejszy klub, wystrój podobny, bardziej kosmiczny, ale towarzystwo podobne. Po czadowym secie, tranzystorowym, pełnym świetlnych efektów i spontaniczności opuszczam o 4 nad ranem Space.


W pokoju uruchamiam profil, szybko pojawiają się propozycje, właściwie nawet nie wiem czy chce...Lorenzo podjeżdza pół godziny później kabrioletem. Jest niski, w typie zadbanego Hiszpana, dwudniowy zarost, zakola siwych włosów, gadamy, rozmowa szybko staje się miła, nieskrępowana.


Już w windzie widze jego gotowość. Mocno wypchany przypór, całujemy się namiętnie. W pokoju szybko przechodzimy do akcji, po drinku pojawia się biały proszek na stoliczku. Wciągamy po kresce... Głowa staje się lżejsza, ciało łatwe, bardzo długie całowanie, później długie dotykanie, na końcu dlugie zamszyste ruchy, częste zmiany pozycji i tempa... Sex jest niewymuszony, luźny, beż spinania, świeży i odkrywczy, nie wiem czy skończył... jestem mokry, to zimny pot, zakazuje jednak włączenia klimy, puszcza mały wiatraczek, leżymy pijąc drinka, gadamy, jest praktycznie wydepilowany, kępka włosów na przyrodzeniu, reszta, nawet nogi wydepilowane.


Wciągamy kolejną kreskę, znów przechodzimy do akcji, on znów gotowy, pytam czy wziął wiagrę, śmieje się, że nie, że tak go kręce, ale otwiera i daje mi niebiesko-białą tabletkę, biorę pół....Wracamy do akcji, znów mocne całowanie, znów namiętny oral... staje mi, teraz to ja przechodzę do akcji, zmieniam tempo, szybko, wolno, szukam pozycji, patrzę mu w oczy, śmieje się, czemu tak patrzysz? Bo rzadko kiedy zapamiętuje twarze... odpowiadam szorstko, ma orgazm, tym razem widoczny, ewidentny, ja też dochodzę w kolejnej minucie... papieros, łyk wódki z colą...Wciąż mi stoi, jemu również, przechodzimy do akcji zmiana ról, nowe pozycje, mam wrażenie, że odpłyneliśmy, że moje podniecenie nie kończy się z wytryskiem, najśmieszniejsze, że jego również... Na dworze jaśnieje, nie patrzę na zegarek, ale widzę, że czas przestał płynąć, zatrzymał się przy pierwszej kresce, no może po pierwszym strzale nasienia... Kończymy znów prawie równolegle....lezymy zadowoleni, rozmawiamy..


Widzę w rogu karton, na nim piękne damskie botki, Biorę do ręki, pytam,czy jego. Tak, moje, zabiera mi je z dłoni i wkłada na stopy, prezentując piękne wydepilowane łydki... Jest drag quennem, prowadzi lesijski bar na starym mieście. Nie chce byc niegrzeczny, ale chciałbym zobaczyc jego szafę, nie pytam więc, choc ciekawość zżera...


Wciągamy koleje kreski i wracmay do akcji, wciąż podniecienie, wciąż sensulany seks, bez robienia niczego co by sie nam nie podobało...


Telefon wyrywa mnie z tego amoku, My Love się obudził, Jest 8.30 rano, po 4,5 godziny seksulanej sesji czas do domu...Lorenzo odwozi mnie kabrioletem, wiatr we włosach, ibizowy beat w radiu...


Kilka godzin później na lotnisku dostaję smsa


- I want to fuck you more Baby.


- I want too Lorenzo.




Link 12.08.2011 :: 13:53 Komentuj (3)
Schodzę w szlafroku na recepcję po korkociąg. Opalony chico w białych okularach szuka i szuka...nie znajduje, obiecuje, że zaraz przyniesie za chwilę... Wracam do pokoju, z My Love decydujemy się otworzyć whisky, za minut kilka pukanie do drzwi, ja w samej bieliźnie otwieram. Chico podaje korkociąg i pyta czy nie pomoc mi w otwarciu tego wina. Odmawiam i uświadamiam sobie, że to rodzaj flirtu, a może nawet propozycja....

Wśród tłumku gości samotny Francuz po pięćdziesiątce, przeraźliwie owłosiony i smutny. Zerka na mnie, kiedy pluskam się w basenie, zerka podczas lunchu, uśmiecha się z rzadka, odpowiadam uśmiechem, podglądam go intensywnie i fantazjuję: albo jest w żałobie, albo dotknął go krach na giełdzie i nie może się otrząsnąć, ewentualnie: ucieka przed policją z powodu finansowych malwersacji, w końcu: porzuciła go żona, nakrywając w łóżku z młodym imigrantem z Bałkanów. Przyjmuję, że opcja ostatnia jest najbardziej prawdopodobna. Ciągle zmienia kartę w telefonie...

Wczoraj pełnia, cudny wieczór, ciepły, nie gorący, popijamy wino, patrzymy na wniesienia przed nami, podobny widok miałem z pokoju akademika podczas freiburskich studiów... Znów mi błogo, procenty świdrują w głowie...

Wracamy późno do pokoju, włączam telewizor, na niemieckim kanale leci "Gomorra". Przerażający chyba Neapol, dragi, prostytucja, śmieci, przemoc i brzydcy ludzie...

Zasypiam grubo po północy...Wtulam się w My Love, który oplata moje nogi swoimi. Do pokoju na krótko wlatuje nietoperz, trochę to niespokojne, ale szybko znajduje w świetle księżyca właściwe okno i wylatuje trzepocząc...





Link 08.08.2011 :: 23:44 Komentuj (3)
Berlin Tegel, 5 rano, tłumy rozhisteryzowanych Niemców, ja, My Love i dwie wielkie walizki...
Jesteśmy spóźnieni, My Love jak zwykle na chama do biznes klasy, choć mamy economik...ja resefieber, cały genervt. Świniak z air Berlin naturalnie cofa nas do giga kolejki. My Love niewzruszony podchodzi do stanowiska obok, sukces-odprawiają nas, choć nie powinni. Zastanawiam się, gdzie on się tego nauczył?

Na bilecie gate 42, siadam zmęczony, My Love po gazetki, znika na dłuższą chwilę... otwierają bramkę. nie spieszymy się, jesteśmy prawie na końcu kolejki, podchodzimy, a Pani nam mówi, że to nie ten lot, że to gate 39!
Szit, pędzimy do wyjścia 39, udało się, okazuje się, że wzywali nas przez megafony, ja nieprzytomny nie słyszałem, My Love w ogóle w innym świecie...nawet nie przypuszczał.

Lecimy spokojnie, lot (chyba przez nas) opóźniony ok 25 minut...ale lecimy.
Dolecieliśmy, czekam na bagaże, My Love pędzi wypożyczyć auto. Cały szczęśliwy, z papierami w ręku oświadcza, że to mercedes slk. Nowy? Pytam, bo 2 miechy temu byliśmy na premierze nowego modelu. 
Okazuje się, że nowy i automatik. Automat? wyrażam niezadowolenie, przecież nigdy nie jeździłem automatem, nie umiem i już...

Auto jest ciemno-srebrne, piękne i naprawdę eleganckie. Otwieramy bagażnik i dupa... mieście się tam z trudem nasza walizka, jedna- mniejsza, druga, musi zostać na lotnisku...nadmieniam, że zapłaciliśmy 105 euro za nadbagaż, no cóż wakacje...

Wsiadamy, wpisuje w nawigację adres hotelu, nie znajduje, My Love nie wydrukował mapy, jedyna informacja, to taka, że na 50 km w drodze do Pollency. Jedziemy, trudno, to nie Afryka, nie Azja, znajdziemy....

Auto naprawdę zachwyca, nawet mnie, który nie ma duszy Kubicy, jest mocne, szybkie jak diabli i prowadzi się jak w komputerowej grze o wyścigach (nie wiem, jak się taka gra nazywa, bo nigdy nie grałem, ale wiem, że jest). Trafiamy nie bez trudności, jest 10 rano, 30 stopni i nie mam kosmetyczki. 

Hotel u podnóża skalisto- zarośniętej góry....maleńki, stary, neobarokowy castel, w którym kiedyś była farma oliwek, później jezuicki klasztor i znów farma...
Kilkadziesiąt pokoi, cudowny spokój, barany pod górą i nieprawdopodobny spokój. Wracamy po moją walizkę. Wsiadam niepewnie do tego monster auta, My Love tłumaczy co i jak, ruszam, czuję pałer, to auto wyzwala we mnie Kubicę, gnam prawie 200 autostradą, nie wiem nadal o co chodzi jak kolesie przechwalają się swoimi motozabawakami, ale gdybym miał teraz z nimi gadać, to wbiłbym ich w ziemię... Ten monster jest cudowny, i automat- czysta rozkosz, wciskasz gaz i hamulec, to wszystko, wciskasz gaz i trzy auta za sobą...łał - zwariowałem.... stop

Pokój ma 4 okna i 4 metry wysokości. Podłoga wylana żywicą, subtelne lampy i wygodne łóżko... oddzielna łazienka, i wanna i prysznic, telewizor Bang&Olufsen, butelka Cavy na powitanie i sezonowe owoce... Zasypiamy wtuleni, czuję się jak Doda, co spierdoliła z kraju buraków... próżność we mnie...spokój we mnie...






Link 21.07.2011 :: 11:37 Komentuj (4)

Berlińska zimno-ciepła noc. Wieje, jakby miało zaraz padać.


Sobota, po shoppingu, za które można wyżywić co najmniej jedną wioskę w Afryce i spaleniu 2 skrętow wybieramy się z W. do miejsca, które cieszy się skrajną opiną zarówno miejscowych, jak i turystów. Tuz przy dworcu wschodnim, na jednej z bocznych ulic znajduje się monumentalny budynek, poprzemysłowy, wysoki i posępny w otoczeniu pustych placów poprzecinanych płotami, a w nim kilka berlińskich klubów, a także pedalska rucharnia. My jednak tym razem nie do rucharni, tylko do klubu. Stoimy w długiej kolejce, która szybko i sprawnie się skraca do wejscia i wydłuża za nami. Obserwujemy ludzi, nie odróżniamy się bardzo, kilka postaci przy wejsciu przeprowadza selekcję, raz wpuszcza, raz nie wpuszcza, czasem wypierdalają pojedyńczą osobę, częściej grupy. Obserwujemy i próbujemy znaleźć klucz do pokrętnej logiki selektora, zważywszy na fakt, że już kiedyś dosięgło nas jego zniszczenie i nie wpuszczono nas do tego klubu. Uspokajamy się wzajemnie. Dochodzimy do wejścia. Przed nami wszystkich wpuszczono, stoimy pokornie, nie prowokujemy wzrokiem, nie wyrażamy emocji, ubermensch selektor pyta ilu nas jest. Odpowiadamy z W. zgodnie zwei. Ubermensch prosi na prawo.


Kurwa, kurwa, kurwa....żdanej dyskusji, żadnego machania ogonem i próśb. Po prostu znów nas kurwa nie wpuścili.


Jebać Bergheim, straciliśmy 40 euro na taksi i czas. Zjebani, zerżnięci przez jebanego ubermenscha  bez słowa podjeżdżamy do upadłego Schoneberga, Connection kusi kolorami i złą muzyką. Napierdlalamy się przy barze, W. jak zwykle nawiązuzje znajomości czysto werbalne z podejrzanymi osobnikami. Trochę skaczemy na dancefloor, przy Like a virgin Madonnny napruty do granic kolo zdejmuje majtki i tańczy przedziwacznie wypinając  stary zad. Nawet  nie jest smiesznie.


Schodzę nja dół, a tam zabawa na całego. Wyrywam kolesia, idziemy do kabiny, jest sling, ale nie mogę ściągnąć rurkowatych spodni, rżniemy się w Michaelem dobrze, w swoim tempie. Po jakaś gadka, pyta jak mam na imię, odpowiadam Rudolf. Jest zdziwiony i dumny, że Polak nosi starogermańskie imię. A ja po prostu pusciłem Rudolf, bo nic mi innego do głowy nie przychodziło.


Do hotelu wracamy nad ranem, My Love śpi przyjemnie lekko, całuje go miło i odpalam kompa. Chciałem zwalić konia, ale jestem tak zjebany, że zasypiam w kwadrans.


I nie lubię okolic dworca wschodniego. Temu miejscu mówię kategorycznie. NIE



Załóż bloga

Archiwum

2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl